Są pewne plusy mieszkania w Brukseli, tak jak robiłem to przez większość mojego dorosłego życia. System podatkowy jest do bani, ale koszt mieszkania jest rozsądny (w każdym razie dla tego londyńczyka), szkoły i szpitale są świetne, no i oczywiście jest piwo. Ale w żadnym wypadku nie jest idealnie, a pod wieloma względami jest coraz gorzej. Jedną z tych miar jest przestępczość: kilka dni temu sędzia w Antwerpii stwierdził, że Belgia staje się narkopaństwem.
Mieszkam w dość ekskluzywnej części miasta, tuż obok instytucji UE, ale moja żona nie czuje się bezpiecznie wychodząc z domu po zmroku. Kiedyś chodziliśmy na naprawdę fajny targ w Clemenceau, ale przestaliśmy z powodu
Sytuacja staje się tak zła, że wieloletni brukselski dziennikarz Sam Wilkin wzywa do przeniesienia stolicy UE gdzie indziej i trudno nie zgodzić się z jego argumentacją.
„Na bardziej przyziemnym poziomie, obywatelski porządek i przyzwoitość załamały się” – pisze Wilkin. „Policja nie ma wystarczających zasobów, by badać takie sprawy jak kradzieże rowerów, do tego stopnia, że większość ofiar nawet nie zadaje sobie trudu, by to zgłosić. Każda ławka jest oznaczona graffiti i otoczona śmieciami”.
Jeśli więc policja nie może zadać sobie trudu zbadania kradzieży rowerów, nie może powstrzymać przypadkowego ostrzału z broni maszynowej w centrum miasta ani zapobiec przekształceniu kraju w państwo narkotykowe, to jak ma egzekwować absurdalne zakazy dotyczące woreczków nikotynowych i jednorazowych vapów? Cóż, nie mogą.
Paul Van den Meersche, federalny biurokrata odpowiedzialny za egzekwowanie belgijskiego podejścia „zakazać wszystkiego” do polityki nikotynowej, powiedział niedawno magazynowi Kiosk, że podczas gdy „nielegalny rynek vape i tytoniu kwitnie głównie dzięki naszym coraz bardziej rygorystycznym przepisom”, rząd „nie ma konkretnych planów rozwiązania tego problemu”.
Jeśli uważasz, że brzmi to arogancko, wydaje się, że na sali było jeszcze gorzej: dziennikarz poczuł potrzebę dodania, że Van den Meersche „milczał przez chwilę i można było powiedzieć, że był zirytowany pytaniem”.
Tak więc w kraju, w którym najlepsi sędziowie piszą listy nazywające to miejsce narkopaństwem, rząd chce przekazać rynek produktów, które były całkowicie legalne kilka miesięcy temu, tym samym gangom, które powodują całą przemoc, nie planuje nic z tym zrobić i denerwuje się, gdy pyta się go o rozsądek.
W Australii ten wybór polityki zakończył się bombardowaniami sklepów tytoniowych w wojnie między gangami motocyklistów, którą australijska działaczka na rzecz redukcji szkód Fiona Patten opisała w wywiadzie dla Clearing the Air.
W Belgii mamy do czynienia z albańskimi pierścieniami przemytników kokainy, którzy wydają się być właścicielami portu w Antwerpii. W anonimowym liście sędzia z Antwerpii, który twierdzi, że kraj staje się państwem narkotykowym, zauważa, że „atak na dom z użyciem bomby lub broni wojennej, włamanie do domu lub porwanie można łatwo zamówić online. Nie trzeba nawet odwiedzać ciemnej sieci; wystarczy konto na Snapchacie”.
Są to ludzie, którzy przejmą rynek waporyzacji i woreczków, jeśli wicepremier i minister zdrowia Frack Vandenbroucke dopnie swego. Jego zdaniem wapowanie jest „niezdrowym i niebezpiecznym produktem, który należy wyeliminować ze świata”. Biorąc pod uwagę poziom przestępczości zorganizowanej, który już tu istnieje, takie podejście sprawi, że problemy Australii będą wyglądać jak walka małych dzieci o huśtawki na placu zabaw.
Nie wydaje się to zniechęcać Vandenbroucke’a, który – jak ujawniliśmy na początku tego miesiąca – będzie gospodarzem seminarium na spotkaniu antynikotynowych krzyżowców WHO w listopadzie, zamiast rozwiązywać problemy w kraju, którego jest wicepremierem.
Zadufany i nieefektywny system administracyjny w Brukseli i Belgii wydaje się rozkoszować irytowaniem, utrudnianiem i niedogodnościami dla ludzi, którymi chce rządzić. Ale jeśli chodzi o powstrzymanie przestępczości, rząd wydaje się być nastawiony na pogorszenie sytuacji, przekazując rynek produktów, które były całkowicie legalne kilka miesięcy temu, tym samym gangom, które powodują całą przemoc. Być może lobbyści antynikotynowi, którzy mieszkają tu ze mną, mogliby pomyśleć o tym następnym razem, gdy zobaczą kordon policji.
